Anonymous pisze:Uważam, że przede wszystkim brak jest koncepcji dla kogo ma być też studia, jakich widzów ma przyciągnąć i jaki ma być tego działania efekt. Niestety wydaje mi się, że studio i transmisja na kanale YT po prostu są ale nikt nie wsparł realizacji tego projektu na warstwie koncepcyjnej i merytorycznej. Wynika to według mnie (jak wiele problemów polskich wyścigów) z... nadmiaru pieniędzy. Po prostu TS stać i pytania jak, po co i za ile schodzą na dalszy plan.
Generalnie w całej oprawie studia i realizacji transmisji brakuje dziennikarskiego warsztatu. Wszyscy pracownicy to po prostu amatorzy, fani wyścigoŵ, gracze, niespełnieni hodowcy i właściciele. Brakuje im fachowości zawodowców bo nikt ich tego nie nauczył, ani tego nie wymaga.
Bardzo trafna uwaga o braku analiz i informacji insajderskich. Eksperci rzeczywiście opierają się głównie na inforprogramie i analizie powszechnie dostępnych danych. Czasem coś zupełnie bezsensu grzebią w pokoleniach (Kurach i jego nudy arabskie) nie skupiając się na koniu. Nie mają bezpośrednich kontaktów z trenerami, w zasadzie odrywają rolę gadających głów wypełniających czas, ale bez eksperckich opini. Boją się a może wstydzą własnych sądów i spostrzeżeń. Czasem Celmer mówił to co myślał i widział, ale reszta to takie lelum polelum.
Jeśli studio jak koszt ma być środkiem to zachęcenia oglądających do gry on-lina to w tym momencie zupełnie nie spełnia swojej roli.
Jeśli ma być po prostu transmisją live wyścigów to pewnie w obecnym kształcie jest przerostem formy nad treścią i zbędnym, rozbuchanym kosztem.
Bardzo trafna uwaga, którą chciałbym rozwinąć: w obecnej postaci studio jest zbyt niezrozumiałe dla laika i jednocześnie zbyt płytkie dla wyrobionego widza.
Szukając podobieństw, spójrzmy na inne sporty. Zacznę od podstawowego pytania: czy studio to jeszcze transmisja sportowa? Oczywiście pokazuje wyścigi, ale sama obecność obrazu z toru nie wystarcza, by stworzyć dobrą transmisję. Dobra transmisja ma prowadzić widza za rękę – tłumaczyć, budować emocje, wyjaśniać kontekst, opowiadać historię i sprawiać, że nawet ktoś przypadkowy chce zostać na dłużej.
I tutaj pojawia się podstawowy problem: obecne studio nie bardzo wie, do kogo mówi.
Dla nowego widza jest za dużo skrótów myślowych, hermetycznego języka i rozmów prowadzonych tak, jakby odbiorca od dziesięciu lat siedział przy stoliku graczy na Służewcu. Z drugiej strony bardziej świadomy widz nie dostaje praktycznie nic ponad to, co sam może przeczytać w programie czy zobaczyć gołym okiem. Brakuje opinii, odwagi interpretacji, kulis, kontaktów, informacji ze stajni, emocji i własnego charakteru.
Największy paradoks polega na tym, że transmisja momentami wygląda tak, jakby była robiona bardziej dla samych prowadzących niż dla widza. Pojawia się atmosfera wewnętrznej rozmowy ludzi z branży, którzy próbują wzajemnie imponować sobie wiedzą albo erudycją, zamiast po prostu opowiadać wyścigi w sposób atrakcyjny i komunikatywny.
A przecież najlepsze sportowe studia na świecie działają dokładnie odwrotnie. Ekspert nie jest tam po to, by udowadniać swoją wyższość nad odbiorcą, tylko po to, by trudne rzeczy tłumaczyć prosto, ciekawie i z energią. Widz ma mieć poczucie, że uczestniczy w wydarzeniu, a nie że przypadkiem podsłuchuje klub dyskusyjny.
Mimo wszystko uważam, że ostatnio widać poprawę. Wreszcie pojawiają się próby pracy obrazem, grafiką, informacją, dynamiką przekazu. To nadal bardzo nierówne i momentami chaotyczne, ale pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że ktoś zauważył, iż sama obecność "ekspertów" nie tworzy jeszcze telewizji. I to jest dobry początek.
I na końcu trzeba nazwać jedną rzecz wprost – absolutną, systemową katastrofę tej formy przekazu: brak jakiejkolwiek obecności trenerów i właścicieli w przekazie. To oni finansują ten sport, to oni ponoszą ryzyko, to ich konie wychodzą na tor i to ich historie powinny być częścią narracji. Tymczasem transmisja w praktyce ich nie pokazuje, nie oddaje im głosu i nie buduje ich obecności w świadomości widza. To jest błąd fundamentalny – nie kosmetyczny, nie produkcyjny, ale strategiczny – bo odbiera temu sportowi jego najważniejszych bohaterów i zamienia go w rozmowę „o wyścigach bez wyścigowych ludzi”.
I jeszcze jeden, zaskakująco symboliczny detal, który wbrew pozorom nie jest drobiazgiem, tylko objawem szerszego problemu. Chodzi o sposób czytania nazw koni przez spikerów, np. Macieja Rowińskiego, z przesadnym, sztucznie francuskim czy angielskim akcentowaniem, jakby poprawność wymowy była ważniejsza niż naturalność i komunikatywność przekazu. Tymczasem w innych krajach nikt nie robi z tego rytuału. Wystarczy przypomnieć start Va Banka w Baden-Baden i legendarne „Fa Benk!” wypowiedziane bez kompleksów i bez udawania językowej akrobatyki – i nikt nie ma z tym problemu za granicą.
I właśnie tu pojawia się sedno sprawy: to nie jest kwestia językowej elegancji, tylko mentalności. Nadmierne stylizowanie wymowy nie czyni przekazu lepszym, tylko bardziej sztucznym. Zamiast profesjonalizmu dostajemy niepotrzebny dystans i wrażenie przesadnego respektu wobec „zagraniczności”, które w gruncie rzeczy zdradza lokalny kompleks, a nie klasę. A dobra spikerka nie polega na imitowaniu akcentów, tylko na pewności, jasności i energii przekazu.